Potwór spod łóżka
Chyba każdy miał takiego potwora w dzieciństwie na własność - bestię, która czaiła się pod łóżkiem i czekała tylko, byśmy nieopatrznie wysunęli nogę spod kołdry. Z dziką radością chwyciłaby nas wtedy za kostkę i wciągnęła w mroczne czeluście pełne kurzu. Poczciwy, stary potwór spod łóżka odszedł w niebyt razem z naszymi smarkatymi latami, ale jego miejsce zajęły inne potwory, noszące nowe imiona. Takie jak na przykład: postrzeganie pozazmysłowe, promieniowanie żył wodnych, yeti, albo ludzie-w-czerni. Czasem też twierdzimy
zarozumiale, że żadnych potworów nie ma i sporym wstrząsem może być odkrycie, że jednak...i stnieją.
Dzieci nocy
Wiara w wampiry wygasła wraz z nadejściem ery rozumu,
ale wciąż fascynuje nas postać krwiopijcy kryjącego się w
mroku. Stereotyp wampira - bladego arystokraty w czarnym
płaszczu o czerwonym podbiciu - utrwalił się w naszej
świadomości stosunkowo niedawno. Poprzednio wyobrażenia potwora
niekoniecznie przystawały do tego wizerunku, a nawet
niekoniecznie musiał być on człekokształtny. W 1897 roku
została opublikowana powieść Brama Stokera pt. "Dracula", którą
krytyka określa jako "ostatnią powieść gotycką". Powodzenie
postaci demonicznego hrabiego ugruntowały jeszcze kolejne,
realizowane na podstawie dzieła Stokera, filmy. A po raz
pierwszy pojawił się Dracula na ekranie w 1922 r. w obrazie
"Nosferatu - symfonia grozy", ale widzowie zafascynowali się
bez reszty dopiero następną, niezwykle sugestywną kreacją,
stworzoną przez słynnego Belę Lugosiego w filmie Toda Browninga
("Dracula- król żywych trupów").
Wampir w tej interpretacji,
jednocześnie i przerażający, i atrakcyjny seksualnie, dał
początek długiemu szeregowi podobnych upiorów. W sumie aż sto
pięćdziesiąt sześć razy postać hrabiego z Transylwanii
pojawiała się na srebrnym ekranie, co dało jej poczesne miejsce
w historii kina, kulturze masowej i ...Księdze Guinnessa.
Zainspirowała też wielu innych autorów do stworzenia własnych
odmian nocnego monstrum. Taka jest więc geneza wampira ze
strony kultury i sztuki. Kto jednak wie, że Dracula istniał
naprawdę? W rzeczywistości był autentyczną postacią,
udokumentowaną w przekazach historycznych. Książę Vlad Dracula
zwany także Tepes - piętnastowieczny włodarz wołoski - wsławił
się niesłychanym okrucieństwem. Słowo "tepes" można tłumaczyć
jako "palownik". W rzeczywistości Vlad był sadystycznym
psychopatą, a jego ulubionym sposobem zadawania śmierci było
nawlekanie ofiar na pal. Taka śmierć jest najcięższa chyba z
możliwych. Potworne męczarnie trwały długo, a ofiara
zachowywała prawie do końca przytomność. Ugory wokół zamku
Vlada Tepesa miały być podobno zastawione palami z ponurym
ludzkim żniwem, a sam gospodarz lubił przechadzać się po tym
potwornym ogrodzie. Nic dziwnego, że zastraszony lud zaczął
przypisywać mu również takie cechy jak zamiłowanie do jedzenia
ludzkiego mięsa i picia krwi, przymierze z diabłem, obawę przed
święconą wodą i krzyżem, a więc typowe cechy wampira.
Wampirzycą również, nie bez racji, nazywano krajankę okrutnego
Vlada - księżnę z rodu Batorych. Ogarnięta obsesją zachowania
wiecznej młodości, rozkazywała porywać do swego zamku młode
dziewczęta. Następnie przyglądała się, jak zadaje się im śmierć
w torturach, a w końcu brała kąpiel w ich krwi, spodziewając
się wchłonąć siły witalne zamordowanych dziewczyn. W ten sposób
zamordowano około czterdziestu kobiet, dopóki sam król nie
ukrócił tych praktyk, nakazując aresztowanie księżnej. Do
procesu sądowego nie doszło, gdyż Batory byli rodem wpływowym i
obawiali się skandalu. "Wampirzyca" jednak dokonała żywota w
ścisłym odosobnieniu, nigdy już nie odzyskując wolności.
Owe autentyczne przypadki, połączone z wyobrażeniami
demonologii ludowej dawały niezwykle interesujące rezultaty.
Wampir zrodzony w tradycji słowiańskiej i mający także swoje
odpowiedniki w mitologii greckiej oraz bliskowschodniej,
rozpowszechnił się po całej Europie i w końcu dotarł do Ameryki
wraz z pierwszymi osadnikami. Nazywano go różnie: wampir,
wąpierz, wąpij, upiór, upir, strzyga lub strzygoń. Nie zawsze
miał postać ludzką, czasem przypisywano mu zdolność
przybierania kształtu zwierzęcia - ptaka, barana, konia,
nietoperza, psa lub kota. Najczęściej wampir żywił się krwią,
ale podania ludowe wyróżniały też rodzaj upiora, który pożerał
bez reszty całe ciało napadniętego człowieka. Chłopska
wyobraźnia przydała na przykład strzydze długi, ostry jak
sztylet język. Stwór miał zabijać ofiarę ciosem w kark lub
czaszkę, a przez powstały otwór wysysał krew i wszystkie soki,
aż ciało "wysychało jak suszona śliwka". Jedne upiory miały być
"nieumarłymi", dnie spędzającymi w mogiłach, inne - pozornie
całkowicie ludzkie - żyły w domach, jak zwykli mieszkańcy wsi i
miast, unikając tylko światła słonecznego.
Istniało także wiele
poglądów na to, kto i w jaki sposób może stać się wampirem.
Tradycyjnie znamy tylko jeden - ugryzienie wampira (albo, jak
uczy nas Anna Rice i Stephen King, spożycie wampirzej krwi),
lecz i tutaj różnorodność była ogromna. Upiorem mógł stać się
człowiek zmarły śmiercią tragiczną, lub ten, kto za życia był
skąpcem i okrutnikiem, niewierzący, zmarły bez spowiedzi. Także
samobójca, czarownik lub czarownica albo człowiek urodzony z
dwoma sercami, z których tylko jedno zostało ochrzczone.
Posuwano się nawet do tego, że jako potencjalne wampiry
typowano ludzi o zrośniętych brwiach, silnym owłosieniu, dzieci
urodzone z kilkoma zębami lub anomaliami w rodzaju zbyt dużej
głowy. Istniał cały wachlarz sposobów na uchronienie się przed
napadami wampira - od znanego nam kołka osinowego, czosnku i
święconej wody, aż po metody o wiele bardziej makabryczne.
Zalecano odcinanie głowy zwłok i wkładanie jej między stopy,
przebijanie na wylot głowy żelaznym ćwiekiem lub wkładanie
kawałka żelaza do ust trupa. Mniej spektakularnymi środkami
było kładzenie nieboszczyka twarzą do ziemi, posypywanie grobu
ziarenkami maku, wkładanie do trumny czosnku i wlewanie do niej
święconej wody.
Przez całe dziesięciolecia praktyki takie postrzegane były
przez naukę jako wspomnienie ciemnoty ludzkiej, bezsensownego
zabobonu i dopiero niedawno dogrzebano się w starej wierze w
upiory ziarna prawdy. Otóż istnieje coś takiego jak choroba
zwana porfirią. Jest to dolegliwość niezwykle rzadka,
występująca z częstotliwością mniejszą nawet, niż jedno
zachorowanie na 10000 osób; a polega na zaburzeniach
przetwarzania hemoglobiny we krwi. Spośród kilku rodzajów
porfirii największą naszą uwagę powinna zwrócić ta, którą
medycyna określa jako "porfirię wątrobową ostrą przerywaną".
Obraz kliniczny tej choroby przywodzi na myśl bardzo oczywiste
skojarzenia. Chory cierpi nie tylko na anemię. Ciężki przebieg
choroby powoduje zaburzenia neurologiczne (na przykład
porażenia, niewrażliwość na ból), co można związać z
tradycyjnym letargiem wampirzym; psychozy i depresje - chorzy
odseparowują się od otoczenia, są agresywni, nie reagują na
bodźce w sposób logiczny. Jeśli dodać do tego koronny objaw -
ostrą fotodermatozę, mamy obraz prawdziwego wampira, lecz nie
monstrum z piekła rodem, a człowieka ciężko chorego. Takie
objawy zmuszają chorych do prowadzenia nocnego trybu życia, co
w dawnych czasach bynajmniej nie było mile widziane. Wystarczył
cień podejrzenia, by do drzwi porfiryka załomotały pięści ludzi
uzbrojonych w ostrza, kołki, czosnek, oraz święconą wodę.
Chociaż w tej dobie wiele sposobów na wampiry jawi nam się jako
totalnie bzdurne, można pokusić się o zestawienie elementów
mitu i rzeczywistości.
"Wampir jest blady" - to wydaje się oczywiste przy ostrym niedoborze hemu.
"Wampir łaknie krwi" - i to wydaje się możliwe. Jeśli chory zauważył, że lepiej się czuje po spożyciu mięsa niedogotowanego, krwistego, w końcu instynkt pchał go do picia samej krwi, niekoniecznie ludzkiej, a zwierzęcej.
"Wampiry giną na słońcu" - stwierdzona fotodermatoza, czyli uczulenie na promienie słoneczne, powoduje, że skóra chorego pokrywa się rankami i owrzodzeniami. Oczywiście nie ma to nic
wspólnego ze spektakularnym obrazem wampira płonącego pod wpływem promieni słonecznych. Natomiast przewlekłe uczulenie na światło w nieco łagodniejszej formie prowadzi do nadmiernego owłosienia skóry wystawionej na jego działanie (a więc twarzy i rąk). Można to z kolei powiązać z legendą o wilkołakach, ale o
tym później.
"Wampiry odstrasza czosnek" - biorąc pod uwagę zapach czosnku, może on odstraszać nie tylko wampiry, faktem jest natomiast, że u porfiryków występuje także nadwrażliwość na ostre zapachy. W takim wypadku nieprzyjemne objawy może u nich wywołać nie tylko rozgnieciona główka czosnku, ale także na przykład woń acetonu, intensywne opary tytoniowe lub nawet kosmetyki.
Fałszem natomiast jest rzekoma możliwość zarażenia się
wampiryzmem. Porfiria jest chorobą o podłożu genetycznym i może
być przekazywana tylko przez dziedziczenie. Nawet jeżeli chory
w psychotycznym napadzie ugryzł kogoś, nie ma żadnej możliwości
zarażenia. U podstaw legendy przekazywania wampiryzmu leży
prawdopodobnie zwykła histeria i skłonność gatunku ludzkiego do
przesady.
Innym tajemniczym "dziecięciem nocy", które straszyło
nas przez całe wieki, był (a może jest nadal?) wilkołak. Choć
nie ma wśród wilkołaczego rodu jednego bohatera, którego
znalibyśmy z imienia, jak w przypadku Draculi, postać
demonicznej, półludzkiej bestii w równym stopniu pobudza naszą
imaginację. I znów, jak w przypadku wampira, tradycja ludowa
przekazuje nam wiedzę, jak rozpoznać zawczasu bestię.
Potencjalnym wilkołakiem mógł być już nie tylko człowiek o
zrośniętych brwiach, czy urodzony z zębami. Za znamię
wilkołactwa uznawano na przykład skrócone środkowe palce u
rąk, kosmyk włosów wyrastający mężczyźnie u nasady kręgosłupa,
silne owłosienie piersi lub pleców, a nawet tolerancję dużych
ilości spożywanego alkoholu (!) Legendy przekazują, że nie
zawsze pogryzienie przez wilkołaka i pełnia księżyca powodowały
automatyczną przemianę człowieka w potwora. Czasem przyczyną
był rzucony przez kogoś urok, spożycie mięsa zwierzęcia
zagryzionego przez wilki, picie z wilczego wodopoju lub
całkowicie świadome użycie tzw. "wilczej maści".
I znowu śledztwo w sprawie potwora doprowadza nas w okolice
medycyny. Owa "wilcza maść" to nic innego, jak specyfik
zawierający alkaloidy pochodzenia roślinnego. Halucynogeny w
rodzaju szaleju, bieluniu lub wilczej jagody. Narkotyk był
wchłaniany przez skórę, dostawał się do krwiobiegu i sprowadzał
na użytkownika wizje zgodne z jego nastawieniem psychicznym -
już to przemianę w wilka, już to wrażenie lotu na miotle u
czarownic. Istnieje również bardzo logiczna teoria, twierdząca,
że średniowieczni chłopi mogli ulegać zatruciu sporyszem.
Sporysz, zwany też ergotem, jest to przetrwalnikowa forma
grzyba pasożytującego na życie. Chleb wypiekany z
zanieczyszczonej mąki mógł zawierać nawet znaczne ilości
ergotaminy, która jest silnym narkotykiem halucynogennym o
działaniu zbliżonym do LSD. Stąd więc masowe zatrucia i wręcz
"epidemie wilkołactwa". W samej Francji w latach 1520-1630
odbyło się około 30 tysięcy procesów rzekomych wilkołaków.
Niestety, większość oskarżonych kończyła życie na stosie.
Biorąc pod uwagę istnienie wścieklizny, także całkiem
naturalne wydaje się przekonanie o możliwości zarażenia się
wilkołactwem. Istnieją jednak jeszcze ciekawsze aspekty tego
zjawiska.
Choroba psychiczna zwana likantropią jest jedną z
postaci schizofrenii. W dawniejszych czasach ze zrozumiałych
względów występowała częściej, ale zdarza się nawet teraz.
Ludzie dotknięci tą przypadłością są święcie przekonani, że
zamieniają się w wilki podczas pełni i zachowują się zgodnie z
tym przeświadczeniem. Poruszają się na czworakach, warczą,
usiłują gryźć. Gdy atak minie, opowiadają, że nawet w lustrze
widzieli samych siebie w wilczej postaci. Inni nieszczęśnicy
nigdy nie odzyskują "ludzkiej postaci", zawsze zachowując się
jak zwierzęta.
"Prawdziwi" ludzie-wilki natomiast byli przez długie
wieki ozdobami prywatnych kolekcji możnowładców i teatrzyków
osobliwości. Medycyna wyróżniła "wilkołaczą" jednostkę
chorobową, nazywając ją wrodzonym uogólnionym nadmiernym
owłosieniem lub krócej hipertrychozą. Jest to znowu choroba o
podłożu genetycznym i, podobnie jak porfiria, dziedziczna, więc
mogą istnieć całe rodziny nią dotknięte. W hipertrychozie
owłosienie obejmuje całe ciało, łącznie z nosem, wargami i
uszami; wolne są zwykle tylko wnętrza dłoni i podeszwy stóp.
Wzmianki o owłosionych ludziach przewijają się w kronikach już
od szesnastego wieku, a pierwszym "wilkołakiem", którego znamy
z imienia i nazwiska, był protegowany króla Francji Henryka II
- Peter Gonsalis z Wysp Kanaryjskich. W austriackim zamku
Ambras, niegdyś należącym do arcyksięcia Tyrolu, wciąż jeszcze
można podziwiać zachowane portrety dworskiego człowieka-wilka i
jego rodziny. Wielu ludzi dotkniętych hipertrychozą pracowało
dla cyrku Phineasa Taylora Barnuma, objeżdżając świat i
prezentując się zaciekawionej gawiedzi.
Zachowała się z tych
czasów spora ilość fotografii, na których można zobaczyć
włochate gwiazdy: Rosjanina Adriana Żewtyczewa z synem, Julianę
Pastranę (reklamowaną jako "kobietę goryla"), Laotankę Krao i
słynnego Jojo "Chłopca O Psiej Twarzy" (jako że przypominał z
wyglądu teriera). Wśród ludzi-wilków mieliśmy także rodaka,
który przyszedł na świat w 1890 roku jako Stefan Bibrowski, ale
karierę u Barnuma zrobił pod pseudonimem Lionel, gdyż w
odróżnieniu od Jojo kojarzył się z lwem. Niemal wszyscy kudłaci
artyści z teatru osobliwości odeszli już ze świata, lecz ku
swej radości dowiedziałam się niedawno, że wciąż żyje ostatnia
z gwiazd Barnuma - Percilla, dawno temu dziewczyna-małpa, a
obecnie mieszkanka Florydy, która zdążyła zostać prababcią.
Na Percilli jednak nie kończy się historia ludzi-wilków. W
Meksyku żyje obecnie rodzina Gomezów, gdzie hipertrychoza
przekazywana jest już szóstemu pokoleniu z kolei. Spośród około
trzydziestu dwóch krewnych połowa wykazuje objawy zespołu
nadmiernego owłosienia. Mężczyźni są owłosieni bardzo
intensywnie, zwłaszcza na twarzach, kobiety słabiej, czasem
tylko na policzkach, szyi lub gorsie.
Genetyk Louis Figera
prowadzi badania nad tymi anomaliami. Odkrył, że za
hipertrychozę odpowiedzialny jest "uśpiony" w normalnych
warunkach gen, pochodzący z czasów, gdy nasi przodkowie mieli
jeszcze gęste futra. Zauważył też, śledząc drzewo genealogiczne
rodziny Gomezów, że ojcowie przekazują wadliwy materiał
genetyczny tylko córkom, a matki zarówno chłopcom, jak i
dziewczynkom. Zawęziło to więc obszar poszukiwań do chromosomu
X. Badania nad wyselekcjonowaniem tajemniczego genu są nadal w
toku. I raczej nie przeszkadza to badanym w normalnym życiu.
Włochaci panowie co rano golą starannie twarze i idą do pracy,
a włochate panie doglądają dzieci i gospodarstwa. Z całej dużej
rodziny tylko dwie osoby pracują w cyrku. Są to dwaj bracia
zatrudnieni w Meksykańskim Cyrku Narodowym - Gabriel i Viktor.
Obecnie liczą sobie około dwudziestu lat. Czasy potworów
minęły, więc meksykańscy Wolf-Boys nie szczekają i nie warczą
na publiczność, jak nakazywali to kiedyś menagerowie gwiazdom
Barnuma. Obaj są prawdziwymi artystami, dającymi pokazy na
batucie i trapezie.
I na pewno nigdy, przenigdy nie polują pod tarczą księżyca w
pełni.
Ewa Białołęcka |