Powrót
Imladris

Imladris 2000
ciasny, ale własny

Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce. Mieszkańcy miasta i przyjeżdżający, wszyscy chcieli się dostać na Imladris, a drzwi były wąskie. Ale się dostali. I rozdzieliwszy się, opanowali sporą część budynku jakiejś krakowskiej szkoły biznesu, chociaż ze względu na lokalizację na starozakonnym Kazimierzu właściwsza byłaby chyba nazwa Szkoła Geszeftu. Miejsca w salach było znacznie więcej, niż rok wcześniej, bo i sal chyba ze trzy razy tyle co wtedy udało się zdobyć, za to klatka schodowa sprzyjała zacieśnianiu więzi międzyludzkich. Więc kiedy trubadur za drobną opłatą umilał rejs śpiewając przebój, wszystko świetnie się tym wąskim kominem niosło dwa i więcej pięter w górę. Nie było wprawdzie ubiegłorocznego AGHowskiego tyranozaura, bo i co by z nim zrobił młody adept marketingu, ale był duży dziedziniec, na którym stał trzepak, czyli urządzenie wykorzystywane do treningu rycerzy Jedi, przynajmniej tych lubelskich.
O trzepaku dowiedziałem się jednak później. Jako że precyzyjnie wyliczone opóźnienie InterCity sprowadziło mnie niemal dokładnie na rozpoczęcie programu, zdążyłem usłyszeć od Joli Pers, jak powstawał "Blade Runner". W trakcie jej wystąpienia PWC i ja zmontowaliśmy, z głuchym szczękiem wsuwających się na swoje miejsca elementów, nasze aparaty fotograficzne, a Ela obok przygotowała się do działań propagandowych na rzecz przyszłorocznego Arraconu, oraz różnych innych konwentów, którymi męczony nie byłem jako zagitowany wcześniej. W przerwie, zająwszy strategiczne miejsce przy samych drzwiach, rozdawała stosowne formularze zgłoszeniowe. Gdzieś w okolicy zaczynał się już kręcić, niczym film o wiedźminie, Andrzej Sapkowski, który podobno zażyczył sobie, żeby umieścić go w hotelowym pokoju razem z kimś inteligentnym. Czy prośbę udało sie spełnić, nie wiem. Spotkanie z Markiem Huberathem spędziłem daleko pod tylną ścianą omawiając różności z obserwującą czujnym okiem swoje potomstwo Joanną Zielińską, a kiedy się skończyło udzieliłem przez chwilę wsparcia Ani Brzezińskiej, stojącej samotnie pod tablicą. Czekała tam, aż ktoś zwróci na nią uwagę i zbierze całe żelastwo, które pozwożone z różnych konwentów zostało hurtowo wręczone Markowi w charakterze Zajdla, Globu i Śląkfy, w takiej właśnie kolejności, nieco innej niż kolejność przyznawania. Tym razem przy wręczaniu obeszło się bez telefonu, chociaż raczej nie bez tragarza.
W końcu gratulujące Huberathowi tłumy rozeszły się i Ania mogła zacząć opowiadać o krasnoludkach i o tym, co robią z mlekiem, a także o oryginalnym podejściu jednego z naszych znanych pisarzy do nazw anatomicznych, ujawnionym w jego ostatniej powieści. Kiedy skończyła, wyszli Szymon z Jo'Asią, którzy musieli na chwilę wyskoczyć do innej sali, żeby wygrać konkurs deblowy. Ja zresztą też musiałem chwilę później wyjść wykonać dość partyzanckie zadanie, a konkretnie przechwycić pociąg. Ten się, co prawda, nie spóźnił, ale potrzebny mi wagon miał złośliwie nie na tym końcu, przy którym stałem. Sytuację udało się jednak opanować i już pod koniec opowieści Eli o historii fandomu byliśmy z Agnieszką z powrotem. Po radosnym powitaniu wszyscy doszli do wniosku, że jak na pierwszy dzień wrażeń wystarczy i, zostawiając budynek na pastwę wszelkiej maści graczy, udaliśmy się spać. Oczywiście też do budynków, tylko innych.
Następnego dnia rano odbył się konkurs wiedzy o Świecie Dysku, rozgrywany drużynowo i złośliwie, czyli tak, jak powinno być, a najszybciej skończyły się pytania o numerach możliwie zbliżonych do 8. Po konkursie Andrzej Zimniak mówił o wojnach XXI wieku, ale jakimś dziwnym sposobem nie dotarłem na spotkanie, najwyraźniej coś mnie po drodze zatrzymało, rzecz niezbyt dziwna biorąc pod uwagę tylko jeden wąski ciąg komunikacyjny, który każdy musiał przemierzać kilka razy dziennie. Trafiłem za to później na następny konkurs, tym razem gwiezdnowojenny. Umiałbym, jeżeli dobrze zapamiętałem, odpowiedzieć chyba na jedno pytanie, widocznie było już strasznie zgrane. No ale ja może nie jestem fanatyczny, ale za to ortodoksyjny, i jak czegoś nie było w filmie, uznaję to za apokryf, choćby miało nawet podpis Lucasa z pieczątką. W zaoszczędzonej półgodzinie po Gwiezdnych Wojnach organizatorom udało się upchnąć następny konkurs, tym razem strojów. Wygrał go bezapelacyjnie perfekcyjny Qui-Gon Jin w wojskowych opinaczach, a poza nim wystąpili wampir przebrany za wioskowego głupka i dwóch Dżedajów, jeden w szlafroku brązowym do ziemi, a drugi w czarnym do kolan.
I w tym czasie sytuacja skomplikowała się, bo równocześnie zaplanowane były trzy szczególnie ciekawe punkty programu. Pokazy walki na dziedzińcu przegrały jako pierwsze, bo miały być także następnego dnia. Premiera "Żmijowej harfy" odpadła również, ze względu na konieczność dzielenia się Anią z całą salą, co znacznie zmniejszało atrakcyjność przedsięwzięcia i skłaniało do odczekania, aż konkurencja zmaleje. Na placu boju pozostała dyskusja o "Ostatnim władcy Pierścienia". Tam właśnie, broniąc ujawniającego prawdę o historii Wojny o Pierścień Jes'kowa przed atakami zindoktrynowanych przez znanego elfiego propagandzistę Tolkiena dyskutantów, miałem możność ujrzeć w akcji inkwizytora Tadeusza A. Olszańskiego. Dzieł Tolkiena, jak wynikło z dyskusji, nie powinno się czytać bez wsparcia specjalistów, bo jeszcze się je nie tak zrozumie, jak trzeba i herezja gotowa. Heretyk zaś łatwo może wylądować w Szczelinach Zagłady. No ale cóż, Tadeusz sam przyznał, że najwłaściwszym określeniem Froda byłoby nosiciel Pierścienia, trudno się więc tolkienistom dziwić, że zadając się tak blisko z nosicielem złapali to i owo.
Po tych wyczerpujących przeżyciach trzeba było coś zjeść, więc małą, acz doborową kompanią udaliśmy się w stronę Rynku, pozwalając pędzącemu w wielu kierunkach po schodach Maciejowi Parowskiemu odbyć spokojnie spotkanie z czytelnikami "Nowej Fantastyki". Zabraliśmy ze sobą Anię Brzezińską i Jacka Dukaja, tylko że Dukaja musieliśmy oddać najdalej po trzech godzinach, bo miał mieć swoje spotkanie. Obiad poprzedziliśmy dobrymi kilkoma minutami biegania po sali w poszukiwaniu miejsca dla dziewięciu osób, aż wreszcie wystraszyło się odpowiednio dużo ludzi. Kiedy zaś zjedliśmy te meksykańskie wymysły, część z nas udała się zarezerwować na wieczór stoliki w jakimś miejscu, gdzie barmanka dawała dzień wcześniej Piotrowi Cholewie do picia coś lepszego, niż zwykłym ludziom daje, bo się jej jego tłumaczenia podobały, resztę MMR zaprowadził z powrotem na konwent, żeby nie było potem na nas, żeśmy pisarza Dukaja zabrali w miasto i nie odprowadzili z powrotem. Po drodze dowiedzieliśmy się, że Michał Dagajew to miły człowiek, ale wpędza kompleksy, bo on nawet debet na koncie ma zwykle większy niż rozmówca, o obiektywie aparatu nie wspominając.
Na miejscu próbowaliśmy się dostać na końcówkę spotkania z Andrzejem Sapkowskim, ale po otwarciu drzwi ukazała się jednolita ściana ludzi z lekko zaznaczonym odciśniętym wzorem kasetonów, jakimi drzwi owe były ozdobione, tudzież z wgłębieniem po klamce, więc zamknęliśmy całość z powrotem i poszliśmy się bawić przy wspomnianym na początku trzepaku. Był tam już PWC, suszący sobie rękaw po ataku kubka z kawą, a także sporo innych ludzi, wśród nich i tacy, którzy wyrażali zachwyt możliwością rozmowy z tłumaczem Pratchetta. Na szczęście nie próbowali dostać na pamiątkę kawałka ubrania Piotra, bo chwilowo miał na sobie bluzę Agnieszki Szady i jeszcze by jej podarli. Zresztą może nie chcieli właśnie dlatego, że o tym nie wiedzieli. Kiedy zaś w końcu zrobiło się zimno, wróciliśmy do środka, gdzie po niedługim czasie kolejnej okazji do zachwycenia się dostarczyła nam Agnieszka, spinając sobie włosy w kitkę. Potem poszła na konkurs o sienkiewiczowskiej Trylogii, a ja trafiłem, razem z Jo'Asią i Szymonem, na prelekcję o tytule może oficjalnie innym, ale zasadniczo o tym, jak sobie mały Kazio wyobraża działanie komputerów, a sieci w szczególności. Ten mały Kazio miał konkretnie na imię, sądząc z programu, Andrzej, a za względu na nader nieortodoksyjne jego poglądy na technikę informatyczną, tudzież niespotykanie swobodne podejście do terminologii fachowej, resztę może pominę milczeniem. W każdym razie i on nas zachwycił, chociaż może nie całkiem tak, jak zamierzał.
Zapewne zachwyciłaby mnie i Joanna Tadeusiewicz, alem się znowu na kogoś na schodach natknął i na prelekcję o afrodyzjakach nie dotarłem, co jej jednak nieszczególnie chyba zaszkodziło, bo słuchaczy zebrało się tylu, że na różne specyfiki zebrała Joanna zamówień pewnie na rok do przodu. A na koniec dnia Szymon opowiedział o tym, jak wyglądały komputery i roboty w fantastyce przez te kilkadziesiąt już lat. Aż wreszcie, prawie o północy, zostaliśmy wygonieni z sali przez LARPowców, którzy zaczynali właśnie organizować sobie w niej kantynę z Mos Eisley, w tym przez kogoś, kto wyglądał trochę jak Han Solo, ale tak rozbudowany w pewnych strategicznych rejonach, że chyba musiał siedzieć na obu fotelach Sokoła Millenium równocześnie.
W niedzielę, po przestawieniu zegarków, dzień miał się zacząć od spotkania z "Fenixem", wystąpiły jednak pewne trudności. Otóż redakcja była na miejscu o wyznaczonej godzinie, a w ciągu kwadransa była jeszcze kilka razy, ale cały czas nie mogła nigdzie zaparkować. Wreszcie jednak się pojawiła i jak zwykle Jeremiasz zwierzał się publiczności, jakie to jest zawracanie głowy z wydawaniem pisma, a Michał Dagajew kiwał tą głową potwierdzając, że to prawda. Okazało się też, że redaktorzy nie chcą czytać swojego dzieła na głos na stadionach dla zgromadzonych fanów, chociaż nie podali jakichś konkretniejszych argumentów przeciw. Odjeżdżający do Warszawy "Fenix" zabrał ze sobą Anię Brzezińską, którą trzeba było godnie pożegnać, więc zdążyłem tylko na koniec pierwszego spotkania z Andrzejem Pilipiukiem, który opowiadał o jakimś wariacie sprzed stu lat, jakbyśmy lepszych nie mieli teraz. Po nim wystąpił Romek Pawlak, z tematem ciekawszym, ponieważ mówił również o wariacie, ale znacznie starszym, bo prawie z czasów krucjat, do tego nie ograniczającym się tylko do drukowania ulotek, ale takim, który prawie samodzielnie pogonił kota kilkuset Turkom i obronił twierdzę na Malcie. Romek, jak zwykle kiedy go coś zainteresuje, ma zamiar o swoim wariacie napisać książkę i to wygląda na całkiem dobry pomysł.
Romka zastąpił Jacek Komuda, który miał opowiadać o trudnej i niewdzięcznej pracy kata. Na to spotkanie, tradycyjnym szlacheckim sposobem, wchodzący pchali się zanim ktokolwiek zdążył wyjść, ale jakoś dało się w końcu wydostać i pójść na obiad. Tym razem do wietnamskiej restauracji w żydowskiej dzielnicy, zadziwiająca rzecz co ludzie potrafią wymyślić. Jak wiadomo, Azjaci kroją wszystko na drobne kawałki, więc przygotowanie jedzenia zajmuje im dużo czasu, zatem znowu nie zdążyliśmy na spotkanie z Pilipiukiem, który tym razem opowiadał o rodzinnych stronach Jakuba Wędrowycza. Mimo to Agnieszka jednak weszła posłuchać, bo temat ją interesuje poniekąd zawodowo, ponieważ czasem trafiają jej na biurko różne dokumenty z tamtych stron. Ja tymczasem wolałem oddać się rozmowom kuluarowym, w tym również z Piotrem Cholewą, którego opowieści o trudnej doli tłumacza nieco później mocnym uderzeniem zakończyły imladrisowe spotkania. To jednak było nieco później, a tymczasem pojawił się przedstawiciel Gildii, który zwijając swój transparent zadziwił Elę Gepfert określając go równocześnie jako tani i kosztujący kilkaset złotych. Ela poglądy na taniość miała nieco inne, ale przyjęła wytłumaczenie, że transparent jest wielorazowego użytku.
Ale wreszcie nadszedł czas na spotkanie z PWC. Piotr przyznał się, że nie boi się konkurencji, chociaż czasy są ciężkie i będą cięższe. Ujawnił również, że oprócz niego są w Polsce i inni dobrzy tłumacze, a niektórzy nawet na tej właśnie sali. Ponieważ jednak czas uciekał, pojawił się w końcu Puszon z Rafałem Olszowskim i, z trudem wywalczywszy miejsce zajmowane przez Piotra, zakończyli tegoroczne Imladris, zapraszając oczywiście na rok następny. Strach pomyśleć, co wtedy będzie, bo już tym razem konwent był wypchany atrakcjami po brzegi, ale może się trochę opanują i zmieszczą jednak w programie jakieś nudne punkty, inaczej nie znajdzie się nawet czasu na wyskoczenie do bufetu. Ale w końcu trzy dni bez jedzenia to nie aż tak dużo, a i oszczędnie.
Na dworcu, z Dorotą Żywno obecnie blondynką, wyprawiliśmy Agnieszkę Szady do Lublina, pozostawiając jej samej znalezienie w pociągu Agnieszki Hałas, która być może gdzieś tam była. Potem poszedłem kupić bilet, mówiąc że zaraz wrócę i, wstyd się przyznać, już nie wróciłem, bo akurat jechało coś do Katowic, czego dopadłem w ostatniej chwili. Odjeżdżając próbowałem dodzwonić się do PWC, w nadziei na wspólną podróż, ale stwierdziłem, że pewnie ma wyłączony telefon. Na wszelki wypadek, mając już na Śląsku trochę czasu do swojego ekspresu za pospieszne bilety, poszedłem jednak jeszcze na przystanek autobusowy pod katowickim dworcem i tam się okazało, że oboje z Elą byli w tym samym pociągu. Co więcej, mieli nawet włączony telefon. Tylko że ktoś im przestawił dzwonek i byli głęboko przekonani, że to nie im dzwoni. Po krótkiej walce z elektroniką sytuacja wróciła do normy, zaraz potem im przyjechał autobus, a mnie pociąg.


Paweł Pluta

Powrót