Powrót
Imladris

Imladris 2000 - impresje


Dorota Żywno

Imladris bardzo mi się podobał. Miał bogaty program; do tego stopnia, że problemem było raczej, z jakiego spotkania albo konkursu zrezygnować, żeby pójść na inny. O wyjściu na obiad w ogóle nie wspomnę :-)). Trzymałam się raczej glównego programu w sali 11, tzn. starałam się być na wszystkich spotkaniach z pisarzami i wykładach. Bardzo byłam zadowolona z prezentacji "Leki, trucizny, afrodyzjaki", z rozmów z Markiem Huberathem i Anią Brzezińską, "wykładu" o kawalerach maltańskich, żałowałam, ze Jola Pers nie zdążyła nam opowiedzieć wszystkiego o "Blade runnerze", pękałam ze śmiechu słuchając niewiarygodnych opowieści Andrzeja Pilipiuka o niesławnym Józefie z Wojsławic, etc, etc. Na spotkanie z Sapkowskim się nie zmieściłam - po otworzeniu drzwi zobaczyłam sprasowaną na plecach kurtkę człowieka, który wszedł do sali ostatni. Jedyną własciwie wadą Imladrisu był piekielny tłok, zwłaszcza w przejściach i na korytarzach. Po jakimś czasie zaczął mi działać na nerwy - przepraszam teraz wszystkich, jakich mogłam potrącić i rozdeptać :-))).

Maciek Antecki

Jak to na "Imladris" było, czyli zeznania naocznego świadka.
Choć oficjalnie zapowiedziano, że do zabudowań Profesjonalnej Szkoły Biznesu, w których miał się odbywać tegoroczny "Imladris" uczestnicy wpuszczani będą od 17.00, jednak już kilkadziesiąt minut wcześniej przez drzwiami zaczęła ustawiać się kolejka chętnych do wejścia. Po jego sforsowaniu tudzież uiszczeniu akredytacji dostawało się (pierwszego dnia przynajmniej) informator i identyfikator, zaczym można było zacząć penetrację terenów konwentowych przywodzących na myśl dobrze rozgałęziony labirynt. Potem nastąpiło uroczyste rozpoczęcie.
Oficjalny program obejmował (wraz z rozpoczęciem i zakończeniem ;) ) 71 punktów i zrealizowany został bodaj w całości. Z mojego, skrajnie egoistycznego rzecz jasna, punktu widzenia skrojony został niemal optymalnie - raz tylko żałowałem, że nie mogę posłać dubleta ;)
Nie zawsze istotna treść spotkania pozostawała w pełnej zgodzie z tym, co sugerował informator (czy wysyłane wcześniej na listę zapowiedzi). Okazało się na przykład, że produkcje "O pisaniu dobrych przygód" dotyczyły głównie strony redakcyjnej, formalnej, pisania. Konkurs wiedzy o "Dzikich Polach" okazał się konkursem wiedzy o "Trylogii", a tak naprawdę - o samym tylko "Ogniem i mieczem".
Osobiście najbardziej spodobały mi się spotkanie autorskie z MSH i prelekcja A. Brzezińskiej o zastosowaniach nauki w fantasy. Zawiodłem się natomiast na Sapkowskim - prawdę mówiąc spodziewałem się, że będzie miał coś więcej do powiedzenia...
Duży plus należy się organizatorom za działający na miejscu bufet i automaty do kawy (padły dopiero w ostatnim dniu), bardzo natomiast brakowało szatni, czy dowolnego przybytku, w którym można byłoby zostawić wierzchnie warstwy odzienia.
Generalnie - podobało się, proszę o jeszcze ;-)

Jacek Dukaj

Primo, byłem po raz pierwszy i nie mam skali porównawczej. Secundo, wszystko, co widziałem, to trzy spotkania, z czego jedno własne. (Jak przyszedłem wcześniej w sobotę, żeby wejść na spotkanie Ani, po otworzeniu drzwi nie ujrzałem sali zza pleców stojących; potem to samo na Sapku. A w niedzielę zmyliśmy się po spotkaniu "Fenixa", z którego zapamiętałem jeno rewelacje o metodach zarządzania w Prószyńskim i ichnim DTP systemie, zdolnym wskanować krowę :-))

Agnieszka "Achika" Szady

Klatka schodowa
tak wąska, że wydawała się piąć ku górze w nieskończoność, aż człowiek oczekiwał na ostatnim piętrze dachu otwierającego się w jakiś przestwór pełen chórów świetlistych i mocno pierzastych. Na ostatnim piętrze była jednak tylko, a może aż, sala prelekcyjna z krzesełkami o składanych z boku pulpitach. Kiedy się ustawiło dwa pulpity do pionu, to środkowe krzesełko przybierało wygląd myśliwca TIE. W sali wisiała też tablica szkolna, niekiedy z napisem APLAUZ, żeby prelegenci mogli na niego wskazywać i podpowiadać publiczności właściwe reakcje. Klatka ozdobiona była licznymi plakatami, ogłoszeniami i informacjami o klubach, grach i stronach internetowych, a także - za co chwała organizatorom - czytelnymi wskazówkami, jak trafić do poszczególnych sal. A nie zawsze było to łatwe: korytarzyk, trzy schodki, zakręt, znowu korytarz... bez strzałek mielibyśmy kolejny konwent wędrowny.

Pogoda
Ciepło jak w lecie i prześliczne słońce. W dzień można było wystawać przed budynkiem w samym podkoszulku, na przykład z napisem "POKETHULHU gonna catch you all!". A PWC stał w samym podkoszulku nawet i wieczorem.

Różne

Duży, żółty transparent Gildii zwieszający się na klatce schodowej z pierwszego piętra w dół. Dziki tłum kłębiący się przy wejściu. Pośrodku tego tłumu kilka młodych osób płci obojga gra (bardzo prześlicznie) jakieś folkowo-średniowieczne melodie na folkowo-średniowiecznych instrumentach.

Powrót