Powrót
Imladris


Imladris - GGFF

III Imladris czyli
skutki posiadania dziadka
w mieście konwentowym


Dzięki sprytnym chwytom socjotechnicznym ("Paweł, trzeba pojechać do Krakowa sprawdzić, jaki mają sprzęt i co muszą kupić." "Dobra, to pojadę za dwa tygodnie w piątek, 22.") stanąłem w owym dniu pod drzwiami AGH. Jak już sobie postałem wystarczająco długo, to zostawiłem MMRa, na którego wpadłem wchodząc i Sir Marcusa, który pojawił się zaraz potem, i poszedłem zdobywać identyfikator. Metoda zdobywania okazała się nader prosta i polegała na odstaniu swojego w kolejce, a następnie zapłaceniu za siebie, tudzież za kuzyna, który a) jako student nie miał tyle, ile trzeba było i b) jako fragmentu rodziny nie wypadało go zostawić samego w domu, chociaż łobuz nawet chyba Sapkowskiego, co mu kiedyś pożyczyłem, nie przeczytał. Wpisany w dowodzie jako adres Wrocław wywołał pewne zainteresowanie, ale ponieważ Dolny Śląsk jest niczym wobec ogromu samej tylko Galaktyki, nikt się tym jakoś specjalnie nie przejął. Identyfikator był żółty i się nie dopinał, ale zawszeć to lepiej że identyfikator, niż coś innego. Nieco później okazało się, że prawie wszyscy mniej lub bardziej mi znajomi ludzie mają identyfikatory czerwone lub zielone, ale mimo to traktowali mnie zupełnie jak normalnego człowieka.

Miejsca, w których coś się działo, okazały się być umieszczone w najgłębszych możliwych czeluściach budynku. Można było, co prawda, zrobić jeszcze coś na strychu, ale zapewne istniało niebezpieczeństwo, że studentów rozpraszałyby przez pewien czas słabnące głosy zagubionych konwentowiczów, a zanim by ucichły (co mogłoby długo trwać, bo to twardzi ludzie), ktoś mógłby opacznie zrozumieć gromki okrzyk "Toporem go, toporem!" usłyszany podczas dyskusji z, powiedzmy, promotorem.

W oczekiwaniu na prelekcje
Wreszcie kłębiący się tłum wypluł z siebie pierwszych prelegentów, którzy uświadomili słuchaczy, że tak właściwie, to jeszcze nikt przyszłości nie przewidział. I owszem, bo gdybym przewidział, że zapomnę po pięciu latach nieużywania, jak się ustawia lampę błyskową, to bym im zrobił zdjęcia, a nie zrobiłem. Ale po krótkiej walce udało mi się ją zmusić do pracy, więc Tomek z Jakubem jednak się tu i ówdzie załapali. Potem można się było dowiedzieć, jak to zrobić, żeby sobie odetchnąć świeżym marsjańskim powietrzem, lub wygrzewać się na słonecznych plażach Wenus. Okazało się, że jeszcze nie ma zapisów i raczej nieprędko będą, a w końcu wszystko rozbiło się o, jakże niskie, pytania zbliżone do "A kto zapłaci tą kupę forsy?". Ponieważ podbój Kosmosu jeszcze nam bezpośrednio nie grozi, nikt jednak nie zapytał "A czemu z moich podatków?".

Tak zakończył się dla mnie dzień pierwszy, bo jakoś nie wypadało pojawić się u drzwi własnego dziadka bladym świtem, albo i wcale, chociaż kuzyn twierdził, że od początku studiów podejmuje działania przyzwyczajające. Co ciekawe, kuzyn twierdził, że mu się podobało, chociaż nie będąc w branży zdaje się nie do końca wiedział, o co chodzi. No, ale on głupi nie jest, chociaż młodszy ode mnie.

Pisarz Lech Następnego dnia poparł swoje twierdzenie czynem, pojawiając się znowu, chociaż nie od samego początku. Ja zaś poszedłem obejrzeć sobie pisarza Lecha, który to widok najpewniej skłoni mnie do przeczytania czegoś więcej, niż jednego jak na razie jego opowiadania. W końcu facet też czytuje Thorgala, a to jest jakaś rekomendacja. Potem zrobiło się, jak dla mnie, trochę mniej ciekawie, bo nie ma co ukrywać, elektronik wiele się nowego nie dowie od czterech tajemniczych facetow nie w czerni mówiących o telekomunikacji w przyszłym wieku. Ale jak ktoś nie czytuje branżowych fanzinów w rodzaju Chipa, to co innego. Czterej jeźdźcy telekomunikacji trzymali się dzielnie, ale w końcu pogonił ich Andrzej Zimniak, który z kolei uświadomił zebranych, że z nanotechnologii nic nie będzie, a jak ktoś chce kombinować w takich drobiazgach, to niech lepiej już zbiera enzymy, może sobie jakiegoś ciekawego gena wyhoduje.

Romek Pawlak i Foka - z paluszkami Po tym wszystkim musiałem wykonać procedurę obsługi przerwania udając się znowu do dziadka, bo gdybym tego nie zrobił, znowu by się na mnie część rodziny obraziła, tak jak wtedy, kiedy nie mogli trafić z autostrady do Wrocławia, zupełnie jakbym to ja zrobił z Czekoladowej jednokierunkową. Wykorzystując resztki czasu zajrzałem do sali obok, gdzie wrzała zaciekła walka skavenów z nefarytami prowadzona na frontach wielu stołów, ale jako niefachowcowi zapewne wszystko mi się pomyliło. Sprawdziłem jeszcze empirycznie, że można włożyć piankowy kubek do puszki po Coca Coli, nawet tej bezołowiowej, a przynajmniej że Foka to potrafi, chociaż Romek Pawlak patrzył gdzie indziej i udawał, że go przy tym nie ma, a potem ruszyłem spełniać powinności rodzinne.

Urocza sprzątaczka i Maciej Szaleniec Kiedy wróciłem, Magnificencja Tadeusiewicz już czekał dostojnie na swoją kolej, w asyście Magnificencjówny Tadeusiewiczówny uroczo prezentującej się z miotłą. Znaczy, bez miotły też prezentuje się uroczo, jakby co. Tym razem czułem się, jakbym czytał własną pracę magisterską, ale za to zobaczyłem na żywo człowieka, który swego czasu utwierdził mnie mailem w przekonaniu, że mój przyszły promotor mało co wie o sieciach neuronowych.

Konkurs na Mistrza Gry Dla urozmaicenia otoczenia wybrałem się następnie obejrzeć konkurs na Mistrza Gry, gubiąc po drodze w sali z filmami kuzyna. Mój głęboki podziw wzbudziła wizja jednego z zawodników, omawiającego z uczuciem najazd kilku autokarów wilkołaków na zamek wampira Baal-Zerovicha. Równy podziw wzbudziła we mnie Agnieszka Fulińska zjadająca to, co sobie kupiła na obiad, ale to najwyraźniej twarda kobieta, mimo tak delikatnego wyglądu. A ponieważ zaraz potem pokazywała żywego Huberatha, poszedłem i jego obejrzeć. Okazało się, że mogę równieżobejrzeć przy tej samej okazji PWC, Elę uczesaną jak księżniczka Leia, tylko oczywiście ładniej, Joannę Zielińską, Marka Pawelca i w ogóle masę ludzi. Ale z tego wszystkiego nowością był jednak tylko MSH. Kiedy już się napatrzyłem, poszedłem z kolei oglądać Jolę, Pers której jednak brak kabla zasilającego utrudniał rozwinięcie całości internetowych wdzięków, ale za to znowu zrobiłem zdjęcie Puszonowi, który znowu odgrażał się, że mi zabierze aparat. Na szczęście był zajęty. A kiedy już się dowiedziałem, czym Marek się wybiera w Kosmos, tudzież czym będzie tam walczył, wróciłem utrzymywać kontakty rodzinne. Zaraz po mnie wrócił kuzyn, który nie zdążył obejrzeć Matrixa, chociaż oglądał najszybciej, jak umiał.

Jego Magnificencja Tadeusiewicz Następny dzień zaczął się dla mnie od zażartej dyskusji o wyższości Anakina Skywalkera nad Darthem Vaderem i odwrotnie, zakończonej w miarę zgodnym wnioskiem, że Phantom Menace jest dobre, bo Lucas wielkim poetą jednak był, a pewnie jeszcze i chwilę będzie. Kiedy już zostało to ustalone, zainteresowani dowiedzieli się jak zrobić zimorodka w konia czerwoną kulką, oraz dlaczego jeszcze nie mamy w domu robotów próbujących przejąć nad nami władzę, czemu przysłuchiwał się Jego Magnificencja, zapewne zastanawiając się, czy aby nie przesadza z tymi sieciami neuronowymi. Ale na razie jeszcze roboty mogą nam, jak najbardziej dosłownie, nagwizdać.

Listy dyskusyjne? O rany... Po tym wstępie rozpoczęła się dyskusja o cyberprzestrzeni, zdominowana przez PWC i zwyczaje list dyskusyjnych, to znaczy była nie na temat. Zgodnie z odwieczną tradycją nie obeszło się bez narzekania na Telekomunikację i zapchane łącza. Szymon na swoje szczęście zachorował, bo pewnie ktoś by się go czepił o bramkę mail-news. Na zakończenie konwentu rozpętała się dyskusja o tym, ku czemu zmierza świat w nowym tysiącleciu, i czemu to znowu jest samozagłada, skoro jak zwykle nic się nie zmieni. Mój nieprzyzwyczajony kuzyn krzywił się trochę, że siedmiu ludzi mówi równocześnie, a jeszcze jakieś niezorganizowane uwagi z sali zagłuszają tendencyjne pytania, ale znający się na rzeczy czuli się jak w domu, czyli w Internecie. Tradycyjnie już spiesząc się do dziadka, wykorzystałem przygodnie napotkaną Anię Zielińską w celu zdalnego pożegnania się ze wszystkimi, przewidując że próba znalezienia w kłębiącym się tłumie wszystkich, których powinienem pożegnać potrwa parę godzin, a pociąg czekać nie będzie. Dopełniwszy jeszcze rodzinnych obowiązków dopadłem wreszcie pociągu i wróciłem do domu.

Taki dziadek to strasznie absorbujący jest. Chyba mu się nie przyznam, jak znowu przyjadę, pewnie na Krakon. Albo go ze sobą zabiorę.


tekst i zdjęcia Paweł Pluta


Powrót