Powrót
Jacek z pochodnią


P.K. Dick czyli pieprzony los fantasty


Jeśli na terenie fantastyki istnieje zjawisko zwane w tzw. głównym nurcie "Les Poetes maudits" (poeci wyklęci), to jego prominentnym przedstawicielem jest Philip K. Dick, którego biografię pióra Lawrence'a Sutina wydał Zysk i S-ka. Czytam i oderwać się nie mogę - jakbym oglądał w jakimś "ciemnym zwierciadle" swe własne smętne życie! Znakomity pisarz odrzucany przez main stream, zmuszony do produkowania tandety SF, robiony w konia przez wydawców, żyjący w permanentnym niedostatku; choć jest to bieda amerykańska, stać go - za te nędzne honoraria - na wynajmowanie obszernego domu i używany samochód. Poza tym miał szczęście do robotnych żon, aż pięciu.
Czytam tedy dalej i snuje się przede mną historia faceta walczącego z własną rozkojarzoną psyche i niechętnym rynkiem czytelniczym. Czy ktoś dziś uwierzy, że pierwszy nakład "Człowieka z Wysokiego Zamku" rozszedł się słabo i nie przyniósł autorowi żadnego prawie zysku? Zmieniło się dopiero po Nebuli, choć trudno mówić o krociowych kwotach. Dick całe życie biedował, a gdy pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęło mu się powodzić, pojawiły się poważne kłopoty zdrowotne (rachunek za całe lata ćpania amfetaminy) i wkrótce zmarł na zawał, tuż po premierze "Blade Runnera", filmu, który uczynił z niego autora naprawdę kultowego. I taki los nasz będzie, Bracia moi: wzgarda za życia i podbijanie bębenka po śmierci, gdy przyda nam się to jak mszalne kadzidło. "Dał nam Dick przykład, jak umierać mamy".



No i umarł, w zeszłym roku, Adam Hollanek - jego śmierć, tak nagła i nieoczekiwana, uświadomiła mi jedno: oto ostatecznie i nieodwołalnie nastąpiła w polskiej fantastyce pokoleniowa i zarazem jakościowa wymiana; gatunek zmienia kształt, zmierzając ku nowym formom i ludziom. Ten proces oczywiście zaczął się już dawniej, a znakiem tego była inna śmierć - Janusza Zajdla. Odejście byłego naczelnego "Fantastyki" należy uznać za oficjalne zakończenie owej generacyjnej przemiany; pokolenie "starych", na książkach których ja i moi urodzeni na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych koledzy uczyliśmy się fantastyki, ostatecznie odeszło - od pisania lub też i z ziemskiego padołu.
Wystarczy wziąć do ręki wydany w 1990 roku (hasła są zaktualizowane mniej więcej do połowy lat osiemdziesiątych) "Leksykon polskiej literatury fantastycznonaukowej" Andrzeja Niewiadowskiego i Antoniego Smuszkiewicza - ileż tam nazwisk ludzi, którzy zniknęli z rynku wydawniczego, choć ich książki w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wywoływały sensację i stało się za nimi w kolejkach! Lista nieobecnych jest przerażająco długa: zamilkł enfant terrible pt. Wiktor Żwikiewicz, podobno zjedzony przez komputer; Julia Nidecka oddaliła się do innych zajęć; Edmund Wnuk-Lipiński oddał się całkowicie socjologii, porzucając literaturę, Czesław Białczyński poszedł w główny nurt i gdzieś w nim przepadł. Nic nie drukuje Konrad Fiałkowski (swego czasu jego "Kosmodrom" czytałem tak namiętnie jak adwentyści Biblię), Kuczyński Maciej, Zbigniew Prostak - próbował wrócić nasz czołowy kosmiczny "rewolwerowiec" Bohdan Petecki, ale wydaną dwa czy trzy lata temu powieść "Ten, który przyszedł z góry" należy uznać za totalną pomyłkę lubo majaki starego człowieka, milczą Boruń i Trepka, a Sawaszkiewicz pisze wszystko, tylko nie fantastykę. Od wielu lat nie opublikował znaczącej prozy mistrz i prawodawca gatuku, Stanisław Lem, przerzuciwszy się na filozofujące felietony.
Zresztą, zjawisko twórczego milknięcia dotyczy i młodszych, żeby wspomnieć tak swego czasu obiecujących Grzegorza Drukarczyka i Andrzeja Ziemiańskiego - od dawna z niczym nowym nie wystąpił Jacek Piekara, ostateczne odejście do tłumaczeń zapowiada Mirek Jabłoński, to samo zdaje się czynić Gienek Dębski (ma trudniej, bo rusycysta); za tłumaczenie dostanie się teraz więcej niż za własną powieść. A ilu błyskotliwych gwiazdorów jednego opowiadania przeminęło bez śladu, błysnąwszy jeno na chwilę na łamach "Fantastyki" czy "Fenixa"? Gatunek obficie broczy ludźmi, niczym postrzelony dzik juchą - zaiste, przedzieranie się przez dżunglę nowego świata wiele nas kosztuje. O ile milczenie "starych" wydaje się zrozumiałe i naturalne (statystyka wskazuje, że pisarz zaczyna odczuwać znużenie około sześćdziesiątki, potem, nie mając nic więcej do powiedzenia, traci ochotę na czernienie papieru lub też czyni to bez przekonania - kto nie wierzy, niech poczyta ostatnie produkcje Lema), o tyle w przypadku "młodych" sytuacja wydaje się inna: kiedyś pisanie fantastyki było całkiem dobrym interesem, np. za książkę wydaną w czterdziestu czy pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy dostawało się równowartość rocznej pensji tzw. budżetowca. Dziś tego typu honoraria to marzenia ściętej głowy, rynek jest skrajnie trudny i coraz płytszy, czytelnicy wybredni i nieprzewidywalni; jedyne, czego chcą na pewno, to kolejnego tomu przygód wiedźmina Geralta. Cała reszta to frustrująca wielka niewiadoma - chyba że pisze się fantasy, wydawcy wezmą każdą brednię (przykładem "Sekret Olsteriona" Doroty Kaczyńskiej-Ciosk, "hit" Prószyńskiego).
Dziś nie można uprawiać fantastyki dla pieniędzy - poza Sapkowskim, którego to fenomenu nikomu nie udało się powtórzyć - dlatego wierni gatunkowi pozostają pasjonaci, gotowi uprawiać go con amore, dla czystej radości pisania. Wariatów owych (i siebie do nich zaliczam) zostało - z tych liczących się - może piętnastu. Przejmując sztandar przewodni po poprzednikach muszą tworzyć w rzeczywistości, w której obowiązują nowe, nie do końca jasne reguły; nie można już pisać fantastyki tak, jak się to robiło dziesięć czy dwadzieścia lat temu - świat bowiem zmienił skórę i domaga się ponownego nazwania. Stare definicje są już nieprzydatne, w mozole trzeba wykuwać nowe. A ponieważ czyni się to zazwyczaj w wielkim bólu szypułek mózgowych, nic tedy dziwnego, że nie każdy może i chce. A potem, nawet gdy się "dzieło" wreszcie urodzi, okazuje się, że są raptem trzy wydawnictwa ewentualnie zainteresowane szczęśliwym noworodkiem, i wszystkie grymaśne jak pańskie pieski (chyba że przyniesie się jakąś kaszanę fantasy). Znany PRL-owski grafoman Włodzimierz Sokorski wyraził się kiedyś na antenie "Trójki", że "socjalizm to męka ludzka". Czym w takim razie jest dziś pisanie fantastyki? Dobiję was przykładem z mego własnego życia: za powieść "Quietus" otrzymałem w ciągu dwóch lat może 1500 zł (a pracowalem nad nią kilka miesięcy), za wydrukowane w PLAYBOYU trzynastosotronicowe opowiadanie (trzy dni mało intensywnego wysiłku) dostałem 1620 zł. Za szesnaście stron publicystycznej dysputy NF wypłaciła mi niespełna cztery stówy, quod est absurdum.
Sytuacja nasza przypomina obecnie to, co stało się w USA w połowie lat pięćdziesiątych, gdy padła większość magazynów pulp fiction i można było żyć tylko z powieści. Fantastyką zajmowały się dwa wydawnictwa, Ace Books i Ballantine, które zmonopolizowały rynek i dyktowały warunki. W tej chwili w Polce mamy dwa robiące bokami pisma i jedno wydawnictwo poważnie traktujące polską fantastykę - SuperNową - którego los też jest niepewny, o ile Sapkowski nie dostarczy na czas kolejnego hita. Wydawnicze ożywienie ostanich lat okazało się przejściowe, w zeszłym roku wydano zaledwie jedną książkę, którą można traktować jako poważną fantastykę ("Walc stulecia" Ziemkiewicza).
"Starym" chyba było łatwiej... przynajmniej jeśli chodzi o kasę. Lecz nie czas "w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę", jeno radzić, cóż nam czynić w tym tragicznym, hamletycznym rozdwojeniu (pisać? nie pisać?) - Adam Hollanek odrzekłby, że orbitować. Do upadłego - lub też zająć się handlem biustonoszami, co rzecze Jacek Inglot. Quod erat demonstrandum.



Maj, Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie: labirynt złożony z kilometrów książek, po którym błądziłem wraz z tłumem równie jak ja zagubionych ludzi. I nigdzie nici Ariadny! Najgorsze było to, że co drugą widniejącą na półkach pozycję chciałbym nabyć - ba, ale za co, poza tym gdzie to trzymać i kiedy czytać? Zdruzgotany tą Ogólną Niemożnością Wszystkiego, poszedłem pocieszyć się w redakcji "Nowej Fantastyki"; w lokalu zastałem tylko sekretarzującego Krzysztofa Szolginię. Jak zwykle trwał dzielnie na posterunku i robił korektę, w czym mu przeszkadzałem, częstując piwem i snując wspomnienia o starych, dobrych czasach, kiedy to w piątki redakcja jeszcze "Fantastyki" pękała w szwach od kandydatów na pisarzy, grafików i recenzentów - luby był z nich pożytek, gdyż bez dyskusji latali wymieniać puste flaszki. Siedziałem tedy z Szolginią bite dwie godziny, a do redakcji nie zajrzał w tym czasie pies z kulawą nogą. Tym niemniej drzwi do lokalu się nie zamykały, co chwila wpadali przez nie młodzi ludzie i, nie zwracając uwagi na gościnnie rozwarte wrota sekretariatu NF, biegli w te pędy do Brzezickiego, właściciela spółki Zombi Sputnik Corporation czy jakoś tak, parającej się grafiką usługową, głównie reklamą. Z zajmowanych przez niego pokoi dobiegał radosny gwar, przyjemnie pachniało chałturą, komercją i szmalem. I tak to sobie szło: po czternastej w redakcji zjawił się Parowski i zapytał mnie, czy robi dobre pismo.
Koło piętnastej wróciłem na targi. Tam w rozmowie z pewnym poznańskim wydawcą wyszło, że jeśli do sierpnia dostarczę mu 20 stron prozy współczesnej, to podpisze ze mną "w ciemno" umowę na powieść. To się nazywa, Bracia moi, początek końca.



Otwieram książkę Sutina na stronie 254 i czytam u dołu: "W grudniu Dick zakochał się ponownie, tym razem w parze dwudziestoparoletnich lesbijek." Bracie Dick, my wszyscy za Tobą, już niedługo... i do końca.



Jacek Inglot


Powrót