Powrót
Marchołtowe dumki


Na Playboya


Swego czasu jeden z młodych twórców dał niedwuznacznie do zrozumienia, że zazdrości mi tych paru tekstów w "Playboyu", które psim swędem zdołałem tam umieścić. Jego zdaniem wydrukowanie się w tym piśmie to znaczący przyczynek do mołojeckiej sławy, dlatego warto zrobić wszystko, aby tam zaistnieć. Nieszczęsny, nie wiedział, co czyni i o czym marzy!

Z naszej fantastycznej paczki pierwszy wdarł się na łamy "Playboya" Parowski - zamieścił tam recenzję z książki Eco czy Kerouaca. Gdyśmy się o tym z Oramusem zwiedzieli, czem prędzej stawiliśmy się w redakcji pomienionego pisma z ósemką piwa. Nie powitały nas tam co prawda osławione "króliczki" (lokal, wyłożony niebieską wykładziną, sprawiał dość ponure, antyseptyczne wrażenie), jeno bardzo uprzejmy redaktor B. Człowiek ten okazał się otwarty na nasze względem "Playboya" miłosne zapały, uprzedził nas jednak lojalnie, że w Polsce podstawowym czytelnikiem jego pisma jest yapiszon w okolicy trzydziestki, z przebalowanymi na dyskotekach studiami, co koniecznie należy uwzględnić przy pisaniu tekstów.

Późniejsza praktyka dowiodła, że, aby spłodzić tekst dla "Playboya", trzeba się pierwej porządnie trzasnąć cegłówką w potylicę, a dopiero potem siadać do maszyny. Z czasem wymagania redakcji wzrosły - trzeba było łupać się w czachę dwoma cegłówkami. Tu już Oramus nie zdzierżył i przeniósł się do "Gazety Polskiej" (czym tam z kolei trzaskał się w łeb, nie wiem); ja, zacisnąwszy z bólu zęby, walczyłem dalej. Niestety, i ja po roku musiałem dać spokój i śladem mistrza podążyłem do "GP".

Stwierdziłem bowiem, że co jak co, ale trzech cegłówek to moja nadwerężona czaszka już nie wytrzyma. I czego tu, do diaska, zazdrościć?


Jacek Inglot



Powrót