Powrót
Marchołtowe dumki


O dokładaniu


Wyliczał mi pewnego razu Oramus, ile przeciętnie dokłada do każdej powieści - wyszło mu około dwustu milionów (starych), ponieważ za stronę powieści z trudem uzyskuje dziesięć złotych (nowych), gdy za przeciętny artykuł puszczony w prasie może utargować i pięćdziesiąt. Ja podobnych rachunków jeszcze nie czyniłem - i pewnie nie uczynię, bowiem, powiedzmy to sobie jasno, poza Sapkiem nikt z nas nie może nawet marzyć o godziwym życiu z pisania fantastyki. Dlaczego zatem to robię?

Ano dla tej jednej, szalenie osobliwej chwili, gdy wydawca przysyła pierwsze egzemplarze właśnie wydanej powieści - otwieram wtedy taką "dziewiczą" książkę, czując się jak stwórca, kreator czegoś, co dopiero co było częścią mnie, i w tym momencie staje się czymś obcym. Gdy kartkuję taką moją - i zarazem już nie moją, bo rzuconą w świat - książkę, przeszywa mnie osobliwe doznanie, dreszcz dziwności o niemalże erotycznym zabarwieniu. Zagłębiam się w świat swojej powieści, przemieniając w trakcie lektury z autora w czytelnika - odchodzą w niepamięć męki twórcze, zostaje tylko czysta radość przemierzania znajomych, a zarazem już obcych ścieżek. I tę pierwszą, dziewiczą lekturę przedkładam nawet nad dziesięć udanych kopulacji.

Próbowałem to kiedyś wyjaśnić paru znajomym kobietom - ale cóż mogą o tym wiedzieć owe proste istoty złożone jeno z krwi, ciała i kości.


Jacek Inglot



Powrót