Powrót
Marchołtowe dumki


Do debiutantów


Na ostatnich Bachanaliach zapytał mnie był młody kandydat na twórcę, w jaki sposób zwróć na siebie uwagę uznanych autorów lub wpływowych redaktorów. Nic mu zrazu na to nie odrzekłem, zdumiony bezceromialnością pytania, choć przecie powinienem opowiedzieć, jak mnie samemu swego czasu udała się ta sztuczka. Mym wybrańcem został Marek Oramus, a rzecz działa się na konwencie w Staszowie w roku 1984. Pomógł mi szczęśliwy traf: organizatorzy zabezpieczyli 1 (słownie: jedną) beczkę piwa na ognisko, którą oczywiście dwieście obecnych na nim gąb pochłonęło w ciągu kwadransa. Po czym towarzystwo rozeszło się szukać dalszych napitków - a był to dzień konwentu bodaj trzeci i panowała posucha. Facet z flaszką był istnym skarbem, na który z zapałem polowano. No i zostałem odnaleziony przez Marka dzięki Drzewińskiemu, który doniósł, że tajniaczę w szafce pod piżamą pół basa wyborowej.

Marucha zahaczył mnie sprytnie: podszedł i prosto z mostu zagadnął o opowiadanie, które ze sobą na konwent przywiozłem. Tak mnie to niespodziewane zainteresowanie mistrza oszołomiło, że bez protestów dałem się zaprowadzić do pokoju. M.O. zasiadł godnie przy stole i zapytał: "Gdzie jest ten tekst?" Rzuciłem się do torby szukać. Mistrz przeczytał tytuł, uniósł brwi i spojrzał ma mnie wymownie. W lot pojąłem, że lekturę trzeba mu czymś uprzyjemnić, więc przytomnie sięgnąłem po butelkę i kieliszki. Po pierwszej pięćdziesiątce Oramus zabrał się do czytania, dość szybko przeciął pierwszą stronę i rzucił: "Przeczytałem pierwszą stronę i chce mi się czytać dalej". Mnie, siedzącemu jak na szpilkach, zabrzmiało to niczym anielskie pienia - czym prędzej polałem, aby lektura nie wytracała tempa. Nie było tego zresztą dużo, przy piątej stronie skończył się tekst i flaszka (Drzewo dzielnie nam akompaniował), a zaczęła moja z Markiem znajomość.

Opowiadanie naprawdę mu się spodobało i usiłował wymóc druk w "Fantastyce" (miałem nim debiutować jesienią 85) - Parowski po początkowych oporach w końcu zmiękł i dał je do numeru, skąd je usunął Hollanek. Tekst (pt. "Mrs Robinson i inne rzeczy") tułał się po różnych fanzinach, aż wreszcie w lipcu 1997 wydrukował go polski "Playboy". Wniosek? Cierpliwości, młodzi ludzie, każdy w końcu doczeka swoich pięciu minut. O ile nie zapomni zabrać na konwet zapasowego magazynka.


Jacek Inglot



Powrót