Powrót
Marchołtowe dumki


O tandecie


Zostałem kiedyś zrugany przez pewne wpływowe fandomowe kręgi za dość oględne potraktowanie w zamieszczonej w NF recenzji powieści Giena Dębskiego "Krótki lot motyla bojowego". Ich zdaniem powinienem zniszczyć Dęgeniusza ogniem i mieczem za tandetę myślową i warsztatową, jako to do niedawna miałem we zwyczaju. No cóż, latka lecą, to i człek traci na żywości (pióra i charakteru - jeden z mistrzów mej bezpowrotne minionej młodości zwykł mawiać w takich chwilach: "Uuuu... starość nie radość, człowiek mięknie już przy piątym piwie, a i onanizm trwa pół godziny.")

To jednak nie tłumaczy mej ulgowej dla Giena taryfy - oto po namyśle stwierdziłem, że przecież, do diaska, mamy podobno wolność! A to oznacza, że każdy ma prawo pisać tak, jak mu się żywnie podoba. Księgarskie półki z fantastyką zalewają tony anglosakiej tandety, tak koszmarnej, że w porównaniu z nią "Motyl" to arcydzieło dobrego stylu i klarownej akcji. Tak się przyzwyczailiśmy do tej zachodniej pulpy, że mamy ją za oczywistość - i nikt (może poza mężnym Karburatorem) nie zwraca już uwagi na kiepściznę firmowaną przez Norton czy Brooksa. Natomast kiedy Polak wypuszcza rzecz nieco słabszą, to od razu awantura i gwałt na literaturze - bo Norton wolno, a Dębskiemu nie. Azaliż myśmy z innej gliny ulepieni? Do końca życia mamy pisać same arcydzieła? Proszę mi wskazać autora, który by nimi tryskał od świtu do nocy? Domaganie się tego to po prostu utopia - dlatego, bracia moi, w moim i waszym imieniu upominam się o prawo do naszej, narodowej, polskiej tandety. Słabość - także talentu - to rzecz ludzka i nie powinna być nam obca.

A tak w ogóle to otwierajcie umysły równie często jak piwo.


Jacek Inglot



Powrót