Powrót
Marchołtowe dumki


Na Bachanalia


Dumka ta będzie miała kształt fraszki prozą, gdzieniegdzie jeno wierszem przetykanej. Ci, którzy znają mnie trochę bliżej, wiedzą, że uwielbiam bywać na konwentach. Być może wynika to z głębokiej sprośności mej natury - dokładniejszych informacji w tym względzie udziela Rafał A. Ziemkiewicz (chętnie i z dużą satysfakcją).

Ongi bawiłem na Bachanaliach, u Kazika Kielarskiego - jak zwykle zabawa była doskonała. Więcej, balowało mi się tak dobrze, że pierwszego dnia zległem około godziny szóstej rano. Trochę może (zbyt wcześnie? zbyt późno?), alem sobie sprytnie wykombinował, że do dwunastej wyśpię się porządnie i wstanę rześki i żwawy jak młody niedźwiedź. "Oj, głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział..." Nie uprzedzajmy jednak wypadków.
Około godziny ósmej rano, gdym bujał się wraz z Morfeuszem gdzieś między Marsem a Jowiszem, na mym organizmie usiadło coś obszernego i ciężkiego. Nie było to jednak UFO, tylko osoba mego pokojowego współspacza, znanego koryfeusza fantastyki, Marka O., co poznałem po tekście:
"Wstawaj, Inglocie, towarzyszu miły!"
Otworzyłem z trudem jedno oko i zobaczyłem otwartą butelkę piwa, podetkniętą mi pod nos. Poczem usłyszałem:

"Jedna nie wadzi, daj ci Boże zdrowie!"
"Byle jeno jedna"
- odparłem czujnie. O święta naiwności!
"Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci,
A Inglotowi mózg się we łbie mąci.
Trudny -
powiadam - mój rząd z tymi pany:
Szedłem spać trzeźwo, a wstaję pijany."


I sami powiedzcie, jak tu nie jeździć na konwenty.


Jacek Inglot



Powrót