Powrót
Marchołtowe dumki


Na wydawców


"Wydawco, wrogu mój śmiertelny, obłudny, chciwy i bezczelny!" - tak powinny brzmieć dwa pierwsze wersy hymnu pisarzy polskich. Przeniewierstwo tych osobników, mieniących się największymi dobroczyńcami autorów, przekracza granice nawet dość przecie w naszych libertariańskich czasach luźno rozumianej przyzwoitości.

Autor, w chwilę po tym, jak odda wydruk i dyskietkę, staje się dla wydawcy personą non grata - dziwacznym stworem, który właściwie już zrobił swoje (jak ten Murzyn z przysłowia) i właściwie można by się bez niego obejść (mógłby np. wpaść pod tramwaj). Widać to zwłaszcza po hierarchii płatniczej - autor znajduje się na samym jej dnie. Swoją kasę otrzymuje na końcu, po wydawcy, redaktorze, księgarzu, hurtowniku, magazynierze, sprzątaczce i gońcu biurowym. Stałą praktyką jest przewlekanie płatności, aby pieniądze leżały jak najdłużej na koncie wydawcy - lepiej przecież nimi obrócić niż zapłacić autorowi. Zaniża się nakłady, wpierając w żywe oczy, że książka się nie sprzedała - udowodnienie przeciwnej tezy (przy tak rozdrobnionej dystrybucji) jest praktycznie niemożliwe. Ale to wydawcom nie wystarcza - ostatnio jeden cwaniak (mylący zysk z wyzyskiem) wpadł na pomysł, jak obciążyć autora kosztami adiustacji jego powieści. Pominę szczegóły, boby się ta niecnota za bardzo rozpowszechniła.

Kiedyś Geno Dębski, porządnie już wkurzony na te nagminne praktyki, zaproponował, aby sobie samemu wydawać książki - myśl arcysłuszna, ale tylko pozornie - bo jeśli sam będę sobie adiustował, składał, załatwiał pieniądze i latał po hurtownikach, to kiedy, powiedzcie, będę pisał?!


Jacek Inglot



Powrót