Ohydny Park
Ohydny Park

Jak to z klubem "Kazimierz" było...

Istnieją sprawy, na których opisanie brakuje słów. Tak jest właśnie tym razem. Cała historia związana ze współpracą Galicyjskiej Gildii Fanów Fantastyki z Klubem Środowiskowym "Kazimierz", a szczególnie z naszym rozstaniem się z rzeczonym klubem wydaje mi się zupełnie groteskowa. Jeśli jest tu humor, to z całą pewnością czarny. Można się śmiać, trzeba nawet śmiać się z głupoty. Ale kiedy podobne pogłoski idą w świat, a przekazywane z ust do ust nabierają nowych kształtów, wcale nie robi się do śmiechu.

Klub GGFF istnieje już z górą od pięciu lat, przewinęło się przez niego ponad sto osób. Organizowaliśmy do tej pory kilka imprez poświęconych w ogólności fantastyce, szczególnie cykliczne Imladrisy, braliśmy też udział w organizacji Krakonu. Zawsze jednak jednym z najintensywniejszych póln naszego działania były gry fabularne. Od wielu lat co sobotę organizowane były sesje RPG, a kilku Mistrzów Gry z naszego klubu zdobyło sobie uznanie także i poza nim (np. Maciek Szaleniec jako laureat nagrody Quentina, a Artur Machlowski MG Millenium). Zdawać by się mogło, że gry fabularne funkcjonują już na tyle długo w naszym kraju, że ich istnienie w jakiś sposób zostało dostrzeżone przez ludzi. Tymczasem...

W Klubie "Kazimierz" GGFF miała swą siedzibę przez niespełna trzy miesiące - styczeń, luty i marzec 2000 roku. Dopiero w lutym rozpoczęły się regularne spotkania, wcześniej większość z członków klubu - studentów poświęcała się zdawaniu egzaminów. Z kierownictwem klubu kontakty zrazu układały się bardzo dobrze. Dwa razy w tygodniu odwiedzaliśmy lokal na ul. Krakowskiej 13, znosiliśmy tam też naszą klubową biblioteczkę. Klub bardzo nam się podobał, a wszystie kwestie techniczne łatwo było wyjaśnić z kierowniczką. Galicyjska Gildia - po dłuższym okresie pozbawienia lokalu - zaczęła powoli odżywać. W lutym wydaliśmy czwarty numer naszego fanzinu. Mieliśmy spore plany co do wykorzystania lokalu - jednodniówki poświęcone komiksowi co miesiąc, turnieje gier bitewnych, regularne spotkania miłośników JRR Tolkiena, impreza poświęcona polskim tradycjom szlacheckim i broni białej, spotkania z pisarzami…

Niestety - nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Takiego rozwiązania, jakie nastąpiło, nie spodziewał się chyba jednak nikt. Pewnego dnia doszły mnie słuchy, że kierowniczka klubu podobno ma nam coś do zarzucenia. W istocie, rozmawialiśmy wcześniej na temat korzystania z kuchni oraz zamykania drzwi do sal, ale tym razem dowiedziałem się, że wszystko jest w porządku. Dopiero kilka dni później, kiedy dwie panie pracujące w klubie ściągnęły na spotkanie swoją kierowniczkę, rozwiązały im się języki. Mi pozostawało tylko słuchać z narastającym zdziwieniem: Oni są jacyś dziwni. Przebierają się w dziwne stroje i mówią dziwne rzeczy. Chodziło o grę symulującą elekcję Jana Kazimierza na tron polski. Po jej zakończeniu nie usłyszeliśmy słowa krytyki, wręcz przeciwnie... Siedzą i palą świece, a pomieszczenie zamykają, robią z tymi świecami dziwne rzeczy. Nie tak do końca chyba zamykaliśmy, skoro panie mogły swobodnie wejść i zobaczyć świece. Dlaczego jednak świece tak je przeraziły? Bo oni siedzieli nad tymi świecami, a jak weszłam, to od razu umilkli. To znaczy, że coś mają do ukrycia. To chyba jakaś msza była, coś złego. No cóż, trudno się dziwić że gracze RPG milkną, kiedy ktoś im zakłóca sesję. Ale pytania żadne nie padły, trudno więc nam było cokolwiek wyjaśniać. I tylko jak siedzieli nad tymi świecami, to słychać było dziwne mamrotanie. Poza tym zbierali od siebie jakieś dziwne (czytaj: złowieszcze) oświadczenia. Chodziło o karty postaci do gier. I oglądali na video jakiś film. On był przerażający, ci aktorzy byli jacyś tacy nienormalni (w domyśle: na pewno film zakazany). Chodziło o Blade Runnera... Wy jesteście studenci, to dlaczego nie chodzicie do klubów studenckich? To jest dziwne, że wy się takimi rzeczami zajmujecie. I wiele podobnych zdań; tłumaczenia zupełnie na nic się nie zdały. Jakby grochem o ścianę.

Dalszy ciąg historii jest jeszcze bardziej intrygujący. Dwa dni później, z polecenia dyrektora placówki, do której należał klub "Kazimierz" straciliśmy w nim miejsce. Zamiast nas spotykać się tam mają grupy emeryckie. Co więcej, dowiedzieliśmy się, że to co robimy jest niebezpieczne, bliskie działalności sekty. Niedawno dowiedziałem się, że w najbliższym czasie dyrektor przekaże do Urzędu Miasta notkę przestrzegającą placówki oświatowe przed kontaktami z niebezpiecznymi sekciarzami.

Co robić w takiej sytuacji? Bo całkiem możliwe, że sprawa ta wkrótce może zacząć dotyczyć wszystkich, którzy interesują się grami fabularnymi czy literaturą i filmem fantastycznym. Trzeba wyjaśnić ludziom przez publikacje i inne sposoby jak jest naprawdę, bo inaczej wkrótce będzie za późno. Obym się mylił...


Rafał Olszowski

Powrót