Powrót
Feliks W. Kres
Feliks W. Kres
Czasem myślę, że z boku wygląda to wszystko zupełnie inaczej. Mówię o mojej pracy, o pisaniu. (...) Otóż mam kuzyna-marynarza. Prawdziwego marynarza, radiooficera pływającego po wszystkich morzach i oceanach świata. Teraz właśnie wrócił, siedzieliśmy przy piwie, gadaliśmy. I wyłania się prawda o tym piekielnie egzotycznym zawodzie - kiedy to kiwasz się, przemierzając Pacyfik. Dzień... dwa... tydzień... dziesięć dni... Potem dwa dni w jakimś porcie - i kiwasz się (dokoła tylko woda). Dzień... dwa... tydzień... Wokół - dziesięciu facetów znanych do obrzydzenia, którzy kiwają się z tobą: dzień... dwa... tydzień... Przez siedem miesięcy. Czasem przechył kadłuba przekracza przewidziane 14 stopni i konstrukcyjne zabezpieczenia mebli okrętowych puszczają. Nie, nie żaden tam sztorm. Wyższa fala po prostu. Wszystko wypada z szaf i szuflad, zsuwa się z blatów, nie możesz nawet na chwilę odstawić szklanki z herbatą, ani położyć papierosa na popielniczce. Nie możesz tego posprzątać, bo kiwanie trwa. Skarpetki, brudna bielizna, flamastry i papier maszynowy, razem z maszynką do golenia i paczką pogniecionych herbatników przesuwają się po kabinie przez dzień... dwa... tydzień...

Powrót